Blog Conference Poznań. I ja.

Nie wierzyłam, że pojadę. Nie wierzyłam, że się dostanę. Nie wierzyłam, że ktoś przyzna mi miejsce. Nie wierzyłam w siebie i w swojego bloga. Do tego stopnia nie wierzyłam, że kiedy rejestrowałam swój udział w BCP, w tym samym czasie, jeszcze w marcu, zaplanowałam na ten weekend czas z najbliższymi, o którym poniekąd pisałam tu. A później trzeba było z tego jakoś wybrnąć. Bo bardzo, bardzo chciałam pojechać do Poznania. Bo jak zobaczyłam program, to aż przebierałam nogami. I widząc, że te najciekawsze z mojego punktu widzenia prelekcje i warsztaty będą miały miejsce w niedzielę, podjęłam decyzję o wyjeździe. O wyjeździe pod tytułem „by wilk był syty i owca cała”.

Wstałam o 4.30 rano. Cmoknęłam Ważnego w czoło, mówiąc „Wszystkiego najlepszego z okazji naszej rocznicy Kochanie” i wyszłam z domu. Wyrodna żona. Zdradziłam z Poznaniem własnego męża. Taki los. Na szczęście nie byłam jedyną, która na szali własnego komfortu, położyła z jednej strony rodzinę, a z drugiej samorozwój. Ja zrezygnowałam z pierwszego dnia BCP. One w ciągu dwóch dni zrobiły trasę Warszawa – Poznań cztery razy, by wrócić na noc do najbliższych. Matki Polki. Agumama i Domologia Stosowana – dziękuję dziewczyny za Wasze towarzystwo w trasie i przez cały dzień. Wiem, że nasza znajomość na tym wyjeździe się nie zakończy.

Blog. Czy robię to dobrze?

Jechałam do Poznania z jedną główną myślą w głowie: „Blog. Czy robię to dobrze?” Byłam pewna, że nie. Bo Inni są więksi. Bo Inni są poczytniejsi. Bo Inni to to. Bo Inni to tamto. Łapałam fazę spiny, a za chwilę fazę kompletnej rozsypki. Gdzieś pogubiłam się w tym, od czego zaczynałam. Gdzieś zgubiłam tę radość z pisania, od której wszystko się zaczęło. Tam spojrzałam na swojego bloga z boku. Zrozumiałam coś bardzo fundamentalnego. Coś, co w zasadzie nie było tematem konferencji, ale co było, w moim odczuciu, jej sednem. Zrozumiałam coś, co pozwoli mi popchnąć bloga dalej. Coś, co już pozwoliło mi się wyrwać z matni własnej spiny, euforii i blogowej rozsypki. Coś, co pozwoli mi postawić pożądne filary.

I tam, w Poznaniu, słuchając tych największych. Patrząc na ich sukces. Patrząc na ich pasję. Patrząc na ich błysk w oku. Zadałam sobie sprawę, że to przecież o to właśnie chodzi. Wszyscy obok imienia mieli wypisane słowo „sukces”. I to był ich jedyny wspólny mianownik. Tak różne blogi. Tak różni ludzie. A łączy ich skala sukcesu, jaki odnieśli. W sumie, to nie. To nie sukces jest tym mianownikiem. Sukces jest pochodną. Chodzi o pasję. O swoją własną drogę. O to, by w niczym nie iść wbrew sobie.

Poza ogromem merytorycznej wiedzy i poza bukietem motywacji z którym wróciłam do domu, to ta myśl jest chyba najcenniejszą jaką wywiozłam z Poznania. Uwolniłam się od jakichś kajdan dorównywania. Kajdan, które sama sobie, nie wiedzieć czemu, nałożyłam. Które mnie ocierały. Które usilnie trzymały mnie w jednym punkcie. Paradoksalnie, im bardziej chciałam się wybić w górę, tym mocniej ściągały mnie w dół. Właśnie tak.

I tak teraz układam sobie w głowie, jak wpleść tę całą wiedzę w siebie. Jak stworzyć coś co będzie moim drugim ja. Spójne od A do Z. Płynącym z serca prosto na ekran komputera. Poruszającym nie tylko serce, ale i kąciki ust. Tak. To jest właśnie ta blogowa droga, którą chcę podążać.

 

 

  • Wybierałam się na tę konferencję ale niestety nie mogłam na niej być. Z tego co piszesz bardzo szkoda…

    • Polecam! Może za rok uda się nam tam spotkać 🙂