Ciąża i dwulatek. Jak żyć???

Jesteś w ciąży i masz małe dziecko? Przed tobą wyzwanie za wyzwaniem.

Pierwszy trymestr:

Wszechogarniająca senność. To chyba była moja największa zmora. Nawet nie poranne mdłości. Bo wtedy i tak jechałam do pracy i musiałam tylko walczyć sama ze sobą. No i z pracą, ale to akurat było jeszcze wykonalne. Gorzej po pracy. Ile to razy o mało co nie przejechałam swojej stacji. Pociąg tak cudnie kołysał, a sen to było to czego mój organizm najbardziej potrzebował. Powrót do domu, a tam czekający na mamę, stęskniony 1,5 roczny szkrab. I weź tu się kobieto połóż i daj swojemu organizmowi tego, czego najbardziej teraz się od Ciebie domaga: SNU. No nie da się. Więc ostatkiem sił, wkładasz w powieki wykałaczki i układasz klocki lego. Bez żalu, bo przecież też stęskniłaś się niewyobrażalnie przez te x godzin poza domem. Robisz kolację. Kąpiesz. Kładziesz do snu. I sama padasz pierwsza.

Drugi trymestr:

Jest lepiej. Mdłości mijają. Senność powoli mija, chociaż akurat mnie się trzymała do połowy drugiego trymestru. Ale jest to czas kiedy, z reguły, jesteś w stanie cieszyć się ciążą i macierzyństwem. Możesz pójść na dłuższy spacer, schylić się po zabawki, kucnąć przy piaskownicy. Wszystko wydaje się być jeszcze wykonalne.

Trzeci trymestr:

To ta część historii po której spodziewałam się największych problemów. I nie zawiodłam się. Ósmy miesiąc pokazał mi, że kucnąć bez bólu sie nie da. Że podnieść się z podłogi „na raz” się nie da. Że spacery, sprinty za uciekającym dwulatkiem powoli zaczynają być poza moim zasięgiem. Skurcze łapią coraz częściej. O zadyszce, spowodowanej zmniejszoną objętością płuc do rozmiarów orzeszka, nie wspomnę. Ze strachem patrzę na 9 miesiąc który zbliża się wielkimi krokami. Chyba legnę na kanapie, a małą będę raczyć bajkami w TV od rana do nocy. Żart taki… Choćbym chciała, to się nie da. Nie z moim dwuletnim wulkanem energii.

(null)

Słyszę dookoła, że mam się oszczędzać. Chętnie, naprawdę.
Leżeć mam? Ok, tylko w tym czasie dwulatek zdemoluje mi pół mieszkania. I siebie przy okazji też. I skończy się najpewniej leżeniem tegoż oto dwulatka na mnie.
Nie podnosić dziecka? No samo do wózka ze śpiworem nie wejdzie, ani z niego nie wyjdzie. Próbowałam.
Nie kucać do dziecka? Oj chciałabym bardzo, bo nie jest to przyjemne. Tylko jak buty założyć, spodnie podciągnąć. Uczy się sama, ale to jeszcze nie ten etap… Jak utulić, uspokoić, kiedy właśnie stała się jakaś wielka tragedia w tym małym dwuletnim świecie? Brać na ręce nie mogę. Klęknąć? Jest to dobre wyjście, ale na dworze odpada. Szczególnie w deszcz i pluchę.

Mając takiego malucha w domu, nie można po prostu położyć się i leżeć. Zasnąć? Zupełnie wykluczone. Małe niby rozumie, że dzidziuś jest w brzuchu. Ale dlaczego mama już nie chce się tarzać po podłodze i bawić w uciekające ślimaki? W piłkę nie chce grać? Nawet klocków nie chce układać na podłodze…

(null)

Nie wspomniałam jeszcze o buncie dwulatka. Pisałam, że nie lubię tego określenia? Zmieniłam zdanie. Bo przybrał on u nas monstrualne rozmiary. Bicie, gryzienie, jeden ciągły ryk. Nic jej się nie udało jeszcze tym wywalczyć, oprócz kary. Ale próbuje dalej. W dzień. W nocy. 24h na dobę. Wyjątkowo uparte stworzenie. I o ile fizycznie nie kosztuje mnie to wiele, bo nie znam skuteczniejszej metody niż taki szał przeczekać. Usiąść i zupełnie się odciąć. Nie reagować. Za to psychicznie… jestem strzępkiem nerwów. Hormony też robią swoje. Bo co chwilę mam wrażenie, że wstanę i zacznę talerzami (Nie, nie klockami. Talerzami właśnie. Większy huk robią.) rzucać przez okno, żeby tylko dać upust emocjom. Wiem, że Hania nie robi tego specjalnie (no na swój sposób pewnie robi), ale tylko dlatego, że inaczej nie umie. Jej świat emocjonalny jest tak niedojrzały, że tylko tak potrafi wyrazić swoje skrajnie negatywne emocje. A moją rolą jest uczyć ją, że tak nie można. Że trzeba inaczej. Tylko sił już momentami brak…

Ale kto jak nie matka, ma cudowną moc wygrzebywania niebywałych pokładów sił z podziemi?

Podziemia! Przybywam po nową działkę 😀