Daleka podróż z dziećmi? Przemyśl to. Opowiem Ci naszą historię.

dzieci nad morzem

Przeczytałam kiedyś na blogu mamygadzety.pl fajny tekst, coś w stylu:

Im dalsza/droższa podróż przed Wami, tym choroba waszych dzieci będzie bardziej spektakularna.

Pamiętam jak dziś, że odpisałam w komentarzu coś w stylu:

 Jak dobrze, że my nie na Ibizę tylko do Izbicy.

Już wyjaśniam: Izbica to taka mała miejscowość na trasie Lublin – Zamość. Co prawda my wtedy nie do Izbicy, tylko do Zamościa. Ale sam Zamość mimo, że szalenie urokliwy i przez znawców architektury nazywany Padwą Północy (Padwa to takie spore miasto w północnych Włoszech), to w swej wymowie nie przywołuje w skojarzeniach żadnej egoztycznej wyspy. I nikt w moich szkolnych zamojskich czasach nie śpiewał „We’re going to Zamość”, ale właśnie „We’re going to Izbica” 😉 Ach, kiedy to było… Ktoś teraz w ogóle kojarzy tę piosenkę i zespół Vengaboys? Tak, tak, musiałam wyguglać, bo nie mogłam sobie przypomnieć kto to śpiewał… A sentyment jest. Ale ja nie o tym!

 

„We’re going to Ibiza”

A w zasadzie we’re going to Wyspa Sobieszewska. 3,5 godziny drogi od Warszawy. Niemal jak Izbica, tylko w drugą stronę. Ale to wyspa! Co z tego, że w Polsce i do tego w Gdańsku. W szkole tylko poznaliśmy dwie polskie wyspy: Wolin i Uznam, którego polski jest jedynie skrawek. Jedziemy na wyspę, o której prawie nikt nic nie wie i nikt nie słyszał. Prawie jak Fuamulaku. Słyszeliście o Fuamulaku? Pewnie nie. Ale o Malediwach już tak. No właśnie. Więc spektrum spektakularności zaczyna stać przed nami otworem. Wiecie jak to jest pojechać z dziećmi na tygodniowy urlop.  Tydzień przygotowań. 3 dni zakupów. Milion prań. Pakowanie tony waliz. No bo to polskie morze. Wszystko może się przydać: od stroju kąpielowago i japonek, po kalosze i kurtki zimowe. Welcome to hel(l). Wróć. Wyspa Sobieszewska. Więc dzień przed wyjazdem, kiedy nie możesz przejść od pokoju do pokoju, by nie potknać się o jedną z waliz lub wszystkomieszczących siat z Ikei, dumna z siebie jak paw, że ogarnęłaś, marzysz już tylko o tym by dopakować to ostatnie pranie, pójść spać i następnego dnia o 5 rano wyjechać na upragniony URLOP. Wiesz, taki z hotelem, śniadaniami, obiadami, kolacjami. Bez pracy. Bez gotowania, prania i sprzątania. Taki full relax o którym nieustannie marzysz od stycznia, kiedy przelewem wpłaciłaś zaliczkę. I tego dnia Twoje dziecko wstaje niewyraźne. Pokłada się. Marudzi. Właśnie wtedy, kiedy w myślach powtarzasz jak mantrę:

Jeszcze tylko jeden dzień. Przeżyj go jakoś. Jutro już hotel, morze i drink z palemką.

Podchodzisz. Przytulasz. I się okazuje, że tulisz żarzący się piec kaflowy. Pierwsza myśl jest jasna:

Cholera, ale zmarzłam, że to dziecko takie gorące się wydaje.

Ale termometr nie kłamie. 38,5 i rośnie. Po chwili już przekracza 39. Gardło czerwone z jakimiś białymi krostkami. W myślach właśnie wyłączasz pralkę z ostatnim praniem i zaczynasz wypakowywać walizy. Zastanawiasz się, czy już pourywałaś wszystkie metki z rzeczy kupionych „specjalnie na urlop”  i czy zdążysz je jeszcze zwrócić. Czy da się odwołać urlop w pracy i przełożyć na inny termin. Bo, że zaliczka przepadła, to niemal pewne. I kiedy sięgasz po telefon, by wyłączyć budzik ustawiony na dzień wyjazdu na 5:00, smutno uśmiechając się przy tym pod nosem z myślą „przynajmniej się wyśpię”, wtedy wpada Ci w ręcę aplikacja Medicover, umawiasz wizytę na 11 rano. I wierzysz w cud. Walizki zostawiasz spakowane, do tej 11.

Niech się dzieje wola nieba

Pogodzona z losem, wstajesz wyspana, myśląc, że i tak miała być na morzem brzydka pogoda. Ale… gorączki nie było przez całą noc. Nadzieja zaczyna się tlić. Zabija ją maż, wysyłając Ci smsa spod lekarskiego gabinetu, ze słowami: „Najprawdopodobniej to angina, ale czekamy jeszcze na wynik strep testu”. Super. 4,5 roku dziecko nie miało anginy. To musiało ją złapać dzień przed upragnionym wyjazdem nad morze. Myślisz:

Cholera. Wyspy mi się zachciało. Jakbym zaplanowała wyjazd do tej Izbicy, to miałaby co najwyżej katar. A tak: angina.

I już idziesz wypakowywać wiaderka i dmuchane rękawki z tej siaty z Ikei, kiedy przerywa Ci dźwięk sms’a: „Test negatywny”. I czekasz na ich powrót z nosem wlepionym w szybę… Wirusowe zapalenie gardła, rzecze mąż od progu – Tantum Verde do psikania. Brak przeciwskazań do wyjazdu. Uff..

To chyba jedziemy, c’nie?

Ten strep test wyszedł negatywny chyba tylko dzięki temu, że to Wyspa Sobieszewska, nie Fuamulaku czy Ibiza. Coś musi w tym być. A że jesteśmy ludźmi lubiącymi adrenalinę, hazard i rosyjską ruletkę (w końcu codziennie rano zamiast kawy skaczemy na bandżi), zapakowaliśmy się o 12 i pojechaliśmy w kierunku Gdańska. Jak było? Cały urlop dziecko zdrowe i pełne wigoru. Gdybyśmy nie pojechali, plulibyśmy sobie w brodę przez cały tydzień i najbliższe tysiąclecie.

Ale jedno jest pewne. Poza granice Polski, nie ruszymy się jeszcze przez najbliższe 20 lat. To nie na moje nerwy.

 

  • Ja też kocham Polskę 🙂 a jest ona naprawdę piękna

  • Nie wiem jak to się dzieje, ale większość dzieci tuż przed wyjazdem zaczyna chorować…matka natura chyba lubi pokazać nam kto tu rządzi:P Ja już zaczynam się bać naszego poniedziałkowego wyjazdu w góry i liczę na to, że jednak nikt się nie rozchoruje:)

  • Joanna Kołpak

    Doskonale Cię rozumiem my mieliśmy podobną sytuację przed wyjazdem nad morze tylko z poparzeniem. Dzień przed wyjazdem pani doktor zezwoliła na wyjazd, ale musieliśmy stosować się do jej zaleceń.

  • Ta aplikacja to świetny pomysł 🙂
    Nie byłam jeszcze w okolicach Lublina, to dla nas drugi koniec kraju!