Dziękuję

I przychodzi ten dzień gdy chrzcisz potomka. I pomimo, że na codzień nie po drodze Ci do tego budynku z cegły z krzyżem na dachu. Bo małe dziecko. Bo praca. Bo dom. Bo ciąża. Bo dwójka małych dzieci. Bo zawsze coś. To w końcu tam trafiasz. Bo wierzysz. Po swojemu. Ale jednak wierzysz.

I jak już tam trafisz to prosisz. O zdrowie. O szczęście. O dzieci. O pracę. O pieniądze. O wszystko.

I ja tak trafiłam. A ponieważ potomek nie spał, to pomiędzy robieniem dziwnych min, uśmiechaniem się, guganiem, machaniem czapeczką przed nosem jak grzechotką i wodzeniem smoczkiem przed oczami niczym najlepszą zawieszką, pomiędzy tym wszystkim, zdałam sobie sprawę, że nie mam o co prosić.

Bo wszystko już mam.

Dziękuję więc. Za banały. Za zdrowie. Za szczęście. Za dwójkę zdrowych, pięknych uśmiechów. Za jeden bezzębny a drugi szczotkowany dwa razy dziennie. I za ten trzeci też. Za ten męski, od ktorego kolana miękną, a czasami wkurzający, wszechwiedzący. Za ten uśmiech bez którego nie byłoby tych dwóch pierwszych. Za dziesiątki tych bliskich uśmiechów, na które zawsze możemy liczyć. Za cztery kąty (choć na kredyt) wypełnione śmiechem i płaczem na zmianę. I za comiesięczne cyferki spływające na konto, sponsorujące to całe uśmiechnięte szaleństwo.

Dziękuję.

A nie. Jednak jest jedna sprawa.

Proszę, żeby tak było dalej. Tylko tyle. Aż tyle.