Jednoręczny blog

Z blogami parentingowymi jestem na Ty. Piękne. Kolorowe. Okraszone pięknymi zdjęciami małych, słodkich buziek, bezzębnych uśmiechów, łobuzerskich spojrzeń. Dopieszczone. Wymuskane. Bijące po oczach efektem WOW. Wiele z nich czytywałam na długo wcześniej nim zdecydowałam się na pisanie własnego. Ale szczerze… z inspiracją idzie mi słabo.

Ba, jak tak wyjdę i stanę obok siebie, i popatrzę na to z boku, to aż mam ochote powiedzieć: Schowaj się matka z tym swoim blogiem. Niewyjściowy zupełnie. Na darmo szukaj tu pięknych, wyraźnych zdjęć Hani i Ignasia. No cóż. Trzeba się przyznać, Grand Press Photo Award nie dostanę. Chociaż, może jakbym cyknęła ich milion, tych fotek, tak raz po raz, to coś by się wybrało. Ale nie chcę. Chcę, aby moje dzieci same kiedyś zdecydowały czy chcą, by ich wyraźne, piękne zdjęcia były publikowane na jakiejkolwiek stronie i puszczone w świat. Nawet na stronie ich rodzicielki.

Cała prawda o moim blogu? Pisany jest jedną ręką. Co tam ręką! Kciukiem. Jednym jedynym kciukiem. Czasem nawet lewym, gdy prawa kończyna zajęta. Tak jak w tej chwili. Blog pisany w telefonie.

Kocham mojego Iphone’a. Miłością czystą i prawdziwą, jaką nigdy wcześniej nie darzyłam żadnego gadżetu. Za niezależność jaką mi daje. Za możliwość bycia w stałym kontakcie ze światem. Za możliwość prowadzenia tego bloga. Za to, że na dobre zastąpił mi komputer.

Mój telefon jest moją przeglądarką internetową. Moim facebookiem. Moim fanpejdżem. Moim blogiem. Moją wypasioną lustrzanką. Moim wordpressem w którym wstukuję teksty w trakcie karmień lub leżąc w łóżku tuż przed snem, dopóki nie zasnę. A zasypiam zawsze. Zawsze za szybko. Z reguły po wpisaniu kilku zdań. Oczywiście wpadam w objęcia Morfeusza z telefonem w ręku. Śmiem twierdzić, że gdyby nie telefon, nie byłoby tego bloga. Po prostu. Gdyby moje wpisy były uzależnione od komputera, to pewnie nigdy by nie powstały, bo czasoprzestrzeń mi się tak zagina i nieustannie urywa minuty, że na spokojne klapnięcie przed komputerem brakuje mi życia. Niestety.

Ubóstwiam mojego smartfona, ale przede wszystkim ubóstwiam Internet, bez którego nie byłoby mojego bloga. Bo piszac tym jednym jedynym kciukiem, uzyskałam taką sprawność, że piszę w mgnieniu oka. I w mgnieniu oka publikuję. Internet LTE, to zdecydowanie wynalazek tysiąclecia.  Jakbym miała z płaczącym dzieckiem na ramieniu czekać, tak jak to było 15 lat temu, aż mój stacjonarny modem połączy sie po kablu telefonicznym i powoli zaczyta mi stronę, to żaden wpis nie ujrzałby światła dziennego. Serio serio. W ogóle pamiętacie jeszcze ten dźwięk łączenia przez stary modem? Muszę, no muszę dać tu tego hasha #gimbynieznajo.

Pewnie kiedyś zacznę bloga prowadzić bardziej jak Pan Bóg przykazał. Profesjonalnie. Przy biureczku. Komputerowo. Teksty będą bardziej wymuskane graficznie. Zdjęcia zrobione prawdziwą lustrzanką i obrobione w jakimś wypaśnym programie graficznym. Wszystkie w jednym, idealnym rozmiarze. Może kiedyś będzie można wejść na bloga i jęknąć z wrażenia nad jego estetyką. Może powinnam się wstrzymać z jego pisaniem do momentu, aż będę to wszystko ogarniać? Może powinnam. Tak żeby całość mogła cieszyć zarówno oko, jak i duszę.

Ale NIE! Bo za dużo frajdy mi to daje. To stukanie tekstu jedną ręką w moim telefonie. Tuląc Ignasia do snu jednocześnie. Albo zerkając jak Hania tworzy swoje kolejne dzieła. Odrywając się, oczywiście, co 3 słowa. By jej namalować kotka. I by za chwilę znowu wrócić do stukania, zastanawiając się co ja chciałam napisać, używając tamtych trzech słów.

Ależ radość mi to daje. To wciśnięcie guzika Opublikuj. Ależ mi daje kopa nie powiem gdzie. To stukanie tekstów kciukiem jednej ręki. Daje mi poczucie multizadaniowości. Takiej z prawdziwego zdarzenia. Czy tylko mi do tej pory multizadaniowość kojarzyła się z robotem kuchennym? Teraz jestem matką. Podwójną. Więc, siłą rzeczy, multizadaniowość to moje drugie imię. A robot kuchenny? Jest moim najbardziej zużytym sprzętem domowym.

***

Zdjęcia z pixabay, bo nie wiedzieć czemu, mój Iphone nie umiał się sam sfotografować.

 

  • jak mieszkasz blisko to ja chętnie zdjęć porobię całej rodzince ;))))))

    • Ela

      W Piasecznie koło Warszawy:) masz blisko? Zapraszam na kawę 😀 Chętnie popozujemy 😀

  • Ja też nie umiem robić zdjęć. Chociaż cykam co chwila 🙂 Trochę pomaga picmonkey.com, ale cudów też nie działa. Rozumiem, że nie chcesz publikować zdjęć dzieci. Też się długo zastanawiałam czy publikować zdjęcia swojego synka. Postanowiłam, że dopóki będę opisywać jego postępy będę je publikować. Ja je zamieszczam po to, żeby inni rodzice wcześniaków mogli zobaczyć, że mimo ciężkiego startu i tego, że ich dzieci na starcie ważyły tyle co miś, mogą wyrosnąć z nich naprawdę zdrowe dzieci.

    • Ela

      Zupełnie inna sytuacja:) bardzo fajny i potrzebny blog prowadzisz. U mnie zdjecia miałyby tylko łechtać moją próżność i cieszyć oczy odwiedzających;) temat publikacji zdjeć długo walkowalam z moim mężem i to była nasza wspólna decyzja. Bo chyba tak powinno byc:)

  • Świetnie napisany tekst- pełen humoru. Optymizm ,aż z niego tryska. Przyjemnie czyta sie o kobiecie, która łączy dwie przyjemności zamiast narzekać na masę zajęć (co niestety często się zdaża). Chętnie będe wracała do bloga.
    Jesli chodzi o kwestię zdjęć dzieci to uwazam, że w dzisiejszych czasach bez trudu można oddać dziecięce piękno bez zdradzenia Jego tożsamości. W pełni natomiast popieram niepublikowanie wizerunku dziecka. Jest to bardzo niebezpieczne.

    • Ela

      Staram się, żeby było optymistycznie. I największą nagrodą dla mnie jest wracający czytelnik:) wracaj! Będzie mi bardzo miło i będę miała jeden „powód” więcej by tryskać optymizmem i przelewać go ma bloga 😉 zawsze zapraszam!