Kiedy więcej chcesz niż możesz

Story of my life. 6 ostatnich tygodni. O 4 pierwszych już Ci co nieco pisałam. Po zdjęciu gipsu poczułam się jak Bruce Wszechmogący. Wszechmogąca (a jakże!) Matka Polka. Po kilku dniach od zdjęcia najgustowniejszego gipsowego buta świata,  podziękowałam za wszelką pomoc. Postanowiłam sama zająć się dziećmi. Domem (po 3 kawalerskich tygodniach – auć…). Wychodzić na długie godziny na plac zabaw z dwójką szkrabów. Gotować. Sprzątać. Po prostu żyć, jakby nigdy nic. Posnułam plany, co ja to zrobię. Ile nadrobię. Poumawiałam się na zaległe spotkania. Zapisałam na fantastyczny, rodzinny,  blogerski wyjazd na Farmę Iluzji. Po czym przyszedł poniedziałek. Za nim wtorek. Potem środa i czwartek. A ja już wiedziałam, że nic nie jest takie, jakie było wcześniej. Nic nie jest takie, jakie być powinno.

Przełom

Nie będę zrzędzić i marudzić jak jest ciężko matce dwójki dzieci. Bo jest i nie jest. Temat rzeka. Ale jedno mnie zaskoczyło. Zaskoczyło, mimo że niedawno to przerabiałam. Igi się przełamał. Już spacerował. Ale zawsze ostrożnie. Jednak Nie rzucili się na siebie. Rzucili wyzwanie matce.

Więcej chcę niż mogę

W zasadzie to nie wiem, co ja sobie wyobrażałam. Że tu chwilkę posprzątam. Usiądę. Tam coś ugotuję. Usiądę. Tu upiorę. Usiądę. A dzieciaki grzecznie zajmą się sobą z przerwą na jedzenie i toaletę. Naiwna. Naiwna, aż boli (dosłownie!). Rehabilitacja level hard. Zajechali mie, domorosłe rehabilitanty! Wszystkie plany w łeb wzięły. Stopa nie ogarnia póki co, tego nieustannego obciążenia. A ja po raz kolejny staję przed ścianą własnych ograniczeń i wściekam się na cały wszechświat. Nienawidzę, gdy moje plany biorą w łeb. Wrrrr…. Jak coś sobie zaplanuję, to tak musi być. I koniec. Słyszysz ten diaboliczny śmiech w tle? Życie po raz kolejny pokazuje mi, jak jestem w tym wszystkim śmieszna. Jak śmieszne są te moje plany i wyobrażenia. Po raz kolejny łapię się na tym, żę żyję jakimiś wyimaginowanymi celami, a nie tym, co tu i teraz.

Ograniczenia a slow life

Ograniczenia nie są fajne. Dla nikogo. Po raz kolejny złapałam się na tym, że chcę więcej niż mogę. A wystraczy tylko się na chwilę zatrzymać. Popatrzeć na siebie z boku i powiedzieć „Heloooł!”:

Jesteś tu, a nie gdzie indziej. Nie przeskoczysz tego. Nie przeskoczysz teraźniejszości. Nie wszystko dasz radę w życiu przeskoczyć. Zatrzymaj się. Ciesz się tym co masz. Tym, co teraz. Tym, co najpiękniejsze.

Więc cieszę się, że Ważny stoi w kuchni w weekend i gotuje. A ja leżę. No dobra, nie leżę, ale nie robię na siłę kilometrów, których nie muszę robić. Że Igi zasuwa jak nakręcony. Że jest taki samodzielny. Że mam życie, na które nie zamieniłabym się z nikim. Nawet pomimo tymczasowych ograniczeń. I zaczynam chcieć tyle, ile mogę. Tylko tyle. I aż tyle. Przynajmniej dziś. Przynajmniej teraz. Slow life też jest wyzwaniem, któremu trzeba się nauczyć sprostać.

  • Plany planami, a dzieci zawsze je zweryfikują 🙁