„Last Christmas” uratowało mi życie!

Jest taka piosenka, której nie trawię serdecznie. Która rok rocznie grana w radiu od początku grudnia powoduje u mnie ból głowy i nerwowe przełączanie stacji, by po głębokim odetchnięciu, po 30 sekundach znów ją przełączać na inną, bo LAST CHRISTMAS jest wszędzie. Podejrzewałam już nawet zmowę stacji radiowych, mające na celu wykończenie psychiczne mojej skromnej osoby (SPISEQ!). Ale nie… Teraz wiem, że było to jedynie przygotowanie do tego, co nieuchronnie się zbliżało wielkmi krokami. Takie hartowanie. Tak jak jedzenie lodów zimą i branie zimnego prysznica. Drogie stacje radiowe, dziękuję, po stokroć dziękuję, że tak dzielnie przygotowywałyście mnie do tej chwili. Do chwili, w której będę zapętlać ten numer na płycie w sierpniu przy 35 stopniach. Tak….

To ja!

Właśnie tak! Nie ma w tym stwierdzeniu ni krzty przesady. Chociaż miałam trudne myśli w owym upalnym lipcu-sierpniu. A myśli te napierały z każdym ząbkiem pokrętła głośności przy przekręcaniu w prawą stronę. Drodzy sąsiedzi, prostuję – nie oszalałam. Liczba klepek się zgadza. Chociaż w sumie, może nigdy się nie zgadzała, ale do sedna… Tak, przyznaję: to ja puszczałam i puszczam codziennie od miesięcy Last Christmas. To byłam ja w lipcu i sierpniu. Również ja we wrześniu i październiku. W listopadzie pewnie już nie tylko ja. A w grudniu to w ogóle… Więc tak, to ostatni moment, by podnieść głowę i wyznać: To byłam JA!

„Last Christmas” uratowało nam życie!

Ja nie wiem nawet jak my wpadliśmy na pomysł, by puszczać w lipcu płytę z Christmas Songs... A nie! Już pamiętam… Hania chciała „mikołajowe piosenki”. No dobra, to nie była kolejna poracja czekoladek, ani prośba o nową zabawkę. W sumie, to czemu mam dziecku odmawiać? Dyskretnie wyjrzałam przez okno, czy na placu zabaw nikogo nie ma, by dźwięki Santa Claus is coming to town przez otwarte okno nie sprowokowały sąsiedzkich dyskusji o mojej poczytalności. No ale to był lipiec i 35 stopni za oknem w samo południe, ani żywej duszy. Więc, dawaj! Najpierw po cichu… potem głośniej, aż w końcu przy pokaźnej, nienajcichszej świątecznej imprezie i numerze na płycie numer 12, młody się we mnie wtulił i padł. Przypadeq myślę, bo przecież kiedyś paść musiał. Mogły być to pieski dwa, mogła być dzieweczka z laseczka, a padło na Last Christmas. Kilka dni później ząbkowanie straszne. Płacze, bóle, wicie się i finalnie jedna wielka histeria. Po omacku włączam CDka licząc po cichu na jakąś kołysankę, a tam nieopatrznie zostawiona płyta sprzed kilku dni i Last Christmas! Młody padł. Padł i następnego dnia. I tygodnia. I miesiąca. I generalnie pada do dziś.

Dżordż, I love you <3

Dżordż, ja nie wiem jak tyś to zrobił, że kocham Cię i nienawidzę jednocześnie. Ja swoje heart już gave you sto lat temu, kiedy usłyszałam Wake me up before you go go. Numer, kóry podrywa mnie do tańca, nawet w środku nocy o 2.13 i 3.45. W zasadzie, nie wiem czemu go sobie jeszcze nie ustawiłam jako budzik. I do niedawna, nie kumałam zupełnie, dlaczego Ty mi gave it away (to serce!) tworząc numer, który niszczył mi uszne bębenki rok rocznie od pierwszego przymrozka. Och, Dżordż, jaka ja byłam niemądra! Jak ja mogłam tak kląć pod nosem, jak szewc! Słowami, tak wymyślnymi, że jak mniemam, moja mama do dziś nie wie o ich istnieniu i o mojej ich znajomości. Taki grzech popełnić względem Ciebie, Dżordż! Cóż ja mogę teraz rzecz na swe usprawiedliwienie?

Chyba jedynie to, że: This year to save me from tears, puszczam ją w kółko od lipca pamiętnego i odpokutowuje grzechy zaniechania z lat ubiegłych. Karma wraca.

 

A co jest ulubioną kołysanką Twojego dziecka?

  • Ja tam kocham ten singiel miłością dozgonną 🙂

    • O jak Ci zazdroszczę! Ja cierpię katusze 😉

  • Hehe, nienawidzę Last Christmas i dostaję przy nim wręcz mdłości. Moje dzieci na szczęście padały przy kołysankach Magdy Umer 😉

    Natomiast odkryłam, że Rock Radio – mimo iż już 5.12 – nie puściło jeszcze ani jednej „Christmas Song” 😉

    • Ja generalnie lubie Christmas songs, szczególnie gdy za oknem ciemno i skrzą się świąteczne światełka. No ale „Last Christmas” jest ponad moje siły. Tzn. było 😉

  • ja też lubię last christmas:) a swojej córce w kryzysach ząbkowania, śpiewam czasami kolędy.. bardzo ja uspokajają:)

    • Bo kolędy są takie…. kołyszące 🙂 Przynajmniej niektóre.

  • Anna Prokopowicz

    hahaha, chyba sama spróbuję 🙂 na szczęście teraz nikt nie patrzyłby na mnie krzywo 🙂

    • Taaaak! teraz to zdecydowanie bardziej przyjazny społecznie okres dla takich eksperymentów 😉

  • hahahah Last Chrismas w środku lata – sąsiedzi na pewno uważają Was za niepoczytalnych i macie ksywkę Last Chrismas 😀 😀 ale czego się nie robi dla dzieci… zwłaszcza żeby spały <3

    • Żeby zasnęły przede wszystkim 😉 Ja nie wiem, czy to tylko moje dzieci choćby padały na twarz, to po dobroci zasnąć nie chcą nigdy? 😉

  • Choć już męcząca jest ta piosenka, to chyba w takich okolicznościach przyrody też bym ją pokochała 🙂

    • ps. Ja muszę śpiewać „miau, miau, miau, miau…” ale to dłuższa historia 😛

      • CIekawe, ciekawe 😀 Czyżby uwielbienie do kotka na płotku? 😉 Swoją drogą jest tyle pięknych kołysanek, a nasze stwory mają swoje wizje 😉

        • Wiesz co, nie. Słuchamy wieczorem kołysanek na open fm.
          I tam jest taka kołysanka, śpiewana przez kobietę, za chiny nie pamiętam słów, a Staś sobie upodobał to miau i każe sobie śpiewać miau i miau

    • A broń Boże – nie pokochałam! Zaakceptowałam jedynie 😉 Tylko Dżordża kocham i już nawet to „Last Christmas” wybaczyłam 😉