Mogę to!

Usiadłam. 13:55.  Pierwszy raz tego dnia. Starsze zasnęło w wózku podczas powrotu z przedszkola. Wniesione, schodek po schodku, na to nasze pierwsze piętro, śpi dalej. Chwała Ci Panie za jej twardy sen. Młodsze przed chwilą zasnęło, zmęczone płaczem przez większą część drogi do domu. I ja w tym wszystkim. Wymęczona biegiem za podwójnym wózkiem. Wózkiem podwójnie obciążonym. Śpiącym i drącym się jednocześnie. Wykończona fizycznie i psychicznie. Piję zimną, poranną herbatę. Napawam się ciszą i przemyśleniami. Dużo myślę ostatnio. I wiesz co?

Poczułam to.

Poczułam, że mogę. Że potrafię. Że umiem. Że już się nie boję. Że dam radę. Że zasługuję na to. Że mi się należy. Że jestem tego warta.

Uff. Wyliczyłam jednym tchem. Dużo poczułam naraz, nie? Ostatnie dwa tygodnie to był mój wewnętrzny czas. Czas przemyśleń. O życiu. O zmianach, które w nim zaszły. O tym, co jeszcze chce zmienić. Co mnie blokowało. Co mnie ciągle blokuje. Ruszyłam.

Ruszyłam po szynach powoli, ospale. Lokomotywa. Jak każda lokomotywa, nie ważne czym napędzana, rozpędzam się. Lokomotywa się rozpędza, by pociągnąć za sobą cały pociąg. Każdy taki ma. Moim pociągiem jest moja rodzina. By wszyscy pędzili przez życie z zapałem i uśmiechem na twarzy, potrzebują szczęśliwej, uśmiechniętej, pewnej siebie, na swój sposób przebojowej, rozpędzonej lokomotywy. Żebym mogła być dla nich, muszę być najpierw dla siebie. Żeby być dla nich siła pociągową, muszę tę siłę mieć w sobie. Muszę ją czuć.

Trudno ją nieraz poczuć. Wiesz to. I nie musisz być matką dwójki dzieci, żeby do takich stwierdzeń dochodzić. Pędzimy. Żyjemy szybko. W pogoni za czymś bliżej nieokreślonym. Nazywają to szczęściem. Ale za szczęściem się nie goni. Szczęściem się delektuje. Tu i teraz. Teraz jest pięknie. Jest cudownie. A może być jeszcze piękniej. Przecieram lustro ze smug. Jest prawie idealnie czyste. A co gdyby przetrzeć też lustro mojego życia?

I robię to. Już nie planuję. Nie myślę. Robię. Zaczynam od drobiazgów. Od tych okruchów, które mi zaśmiecały jasność spojrzenia. Które mnie zawsze blokowały. Po które się bałam sięgnąć. Po które nie chciało mi się sięgać. Filozofia? Nie, to życie. To moje życie, któro właśnie rusza z kopyta. Życie, nad którym przejmuję kontrolę.

Przykład blokującego drobiazgu? Proszę bardzo! Sześć lat mam prawo jazdy, zdawane celowo w Warszawie, nie w żadnym Pipidówku Wielkim. Więc niby jestem przetrenowana w boju i żadna ruchliwa ulica mi nie powinna być straszna. A wiesz, że do tej pory nie jeździłam? Bałam się. Nie wiem w zasadzie czego. Bałam się jeździć sama. Bałam się jeździć z dzieckiem. Blokada na całego. A teraz jeżdżę z dwójką dzieci. Narazie krótkodystansowo. Ale zawsze. Od czegoś przecież trzeba zacząć. Można? Można. I nie wiem dlaczego sześć lat bałam się zmierzyć z tym paprochem. A tak? Pssst, jedna mała smuga przetarta.

Nie miałam czasu dla siebie. Teraz to się zmienia. Siłownia. Basen. Raz/dwa razy w tygodniu, a dążę do tego by udawało się i trzy. Jazda samochodem wiele ułatwia. Godzina lub dwie tylko dla siebie. Ależ to działa na psychę. I mimo, że wracam o 23, to mój wewnętrzny power do zmian budzi się do życia. I tak sobie myślę, co następnego czeka na mnie w kolejce? Co by tu jeszcze…

Wspinam się powoli na Rysy mojego ja. Potykam się. Upadam. Ale wstaję. Nie zniechęcam się. Motywacja to moje drugię imię. Narazie. Obym nie odkryła trzeciego, co się zowie kryzys. Zaciskam kciuki. Za siebie samą.

 

  • Najważniejsze jest właśnie to, by umieć się podnieść 🙂

  • Justyna

    Kryzyz przyjdzie na pewno ale będziesz miała więcej siły bo go zwalczyć. I będzie Ci się chciało bo będziesz wiedziała co daje Ci wysiłek. I że daje! Że warto 🙂 Rysy już nie będa najwyższym szczytem a pagórkiem, przez który będziesz przechodzić raz na jakiś czas by wspiąć się wyżej. Tego Ci życzę! :*