Powyborcza noc

00.40 Powyborcza noc. Nie świętuję. Nie piję szampana. To nie moje święto.

01.40 Powyborcza noc. Nie szukam kierunków nowej życiowej destynacji. Nie kupuję biletów lotniczych. Nie płaczę. Nie szlocham. To nie moja tragedia.

Wstyd trochę. Wstyd dla socjologa, że takie ma podejście. Olewcze. Zero zainteresowania. Choć z drugiej strony uzyskałam bezstronność. Obiektywizm. Jakże socjologiczne pożądany.

8.13 Powyborczy poranek. Odbieram telefon. Jęk zawodu z retorycznym „jak żyć?” w tle…

Serio? Pierwszy raz w życiu ani mnie to grzeje, ani ziębi. Serio. Dzień przed wyborami, pospiesznie szukałam listy wyborczej dla mojego okręgu, by zerknąć na nazwiska i jakieś sobie wybrać. Głosując, naprędce odszukiwałam to jedno, dzień wcześniej losowo wybrane (wygrane?), prawą ręką bazgrząc krzyżyk, lewą odganiając Hanię uparcie chcącą rysować kotka. W sumie, why not? Pierwszy raz nie przeżywam. Pierwszy raz doszło do mnie, że cała ta wielka polityka, którą fascynowaliśmy się na studiach, jest tak daleka od mojego życia, że zmian przy sterach nie odczuwam. A odkąd nie śledzę TV i portali informacyjnych, jestem szczęśliwsza i spokojniejsza. Bo emocje uruchamiam tylko w życiu codziennym, a nie na wściekanie się na coś, co ode mnie nie zależy. Olanie kampanii wyborczych było najlepszym, co mogłam zrobić dla swojego zdrowia psychicznego.

Mam swoje ważniejsze kampanie. Swoje wybory. Od 5 dni i nocy toczyliśmy kampanie przeciw dwóm jedynkom. Dolnym. By finalnie dokonać wyboru między paracetamolem a nurofenem. I jakoś z tym wyborem, jak z każdym innym, trzeba żyć.

03.17 Powyborcza noc. Paracetamol zadziałał. Idziemy spać. Za chwilę zacznie się powyborczy poranek.