Rodzić po ludzku czy rodzić po polsku?

Pan ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego we Wrocławiu prawie się pożegnał z posadą, bo zdecydował się głośno mówić o tym w jakich warunkach rodzą kobiety w jego szpitalu. Włożył kij w mrowisko, bo przecież to temat tabu, którego nie poruszają osoby „na stanowiskach”. Nie chodzi tylko o wrocławską placówkę. Każdy widzi obdrapane ściany szpitali. Łóżka na korytarzach. Jedną toaletę na piętrze. Tak wyglądają polskie szpitale państwowe. Szczególnie te dobre, renomowane. Nie wszystkie oczywiście, ale duża część i owszem. Jeśli do tego dojdzie jeszcze chamstwo lekarza to mamy pełen obraz polskiej służby zdrowia. Szczęśliwie nie ma rejonizacji. Ciężarna kobieta może sama wybrać szpital w którym chce urodzić swoje dziecko. Nie każda kobieta może sobie jednak pozwolić na taki luksus, jeśli w promieniu 20-50 km od miejsca zamieszkania ma tylko jeden szpital z oddziałem ginekologiczno-położniczym. Mieszkanki większych miast i okolic mają ten komfort wyboru. I tu zaczyna się batalia myśli.

Piszę o tym mając doświadczenie zgoła odmienne niż duża część rodzących kobiet. Ale taki był mój wybór. Egoistyczny wybór. Wybór do końca okupiony myślami: A co jeśli pójdzie coś nie tak? Jedno i drugie dziecko rodziłam w szpitalu prywatnym w ramach NFZ. W szpitalu pierwszego stopnia referencyjności: dla ciąż donoszonych, przebiegających bez komplikacji. Wybór przy pierwszym dziecku był prosty. Szpital nowy, cieszący się fantastyczną opinią wsród rodzących i jego największy plus – znajduje się 700 metrów od mojego mieszkania. Śmiałam się, że jak będzie trzeba to pójdę rodzić na piechotę. W ogóle nie brałam pod uwagę innego szpitala. W pierwszej ciąży podchodziłam do tego tematu z pewną nonszalancją. Poród to poród, co może pójść nie tak? Chciałam rodzić rodzinnie, w dobrych warunkach. Chciałam mieć same pozytywne wspomnienia z tego szczególnego momentu. W dodatku na szkole rodzenia poznałam położną z tego szpitala. To co mówiła, w jaki sposób mówiła sprawił, że chciałam rodzić właśnie z nią. Oczywiście odpłatnie. Ale mimo że to placówka prywatna, stawka za indywidualną opiekę położnej nie odbiegała od tych, które są w oficjalnych cennikach szpitali publicznych. Decyzja podjęta. Poród odbył się bez komplikacji. Ze znieczuleniem (wtedy jeszcze odpłatnym). Wspomnienia same pozytywne. Byłam zachwycona szpitalem, opieką. Mówiłam wtedy wszystkim głośno: jak będę rodzić jeszcze raz, to tylko tam i tylko z Panią Kingą (pozdrawiam! 🙂 ).

2 lata nie minęły i znów ta decyzja była przede mną. W międzyczasie opinia o szpitalu trochę się popsuła, moja ginekolog prowadząca ciążę szpital ten mi bardzo odradzała, twierdząc że dziecko będzie duże, ciśnienie trochę skacze, różnie może być. Powinnam wybrać szpital o wyższej referencyjności. Biłam się z myślami przez ostatnie miesiące. To przychylając się do tego szpitala, to do innego. W pewnym momencie nawet podjęłam decyzję, że nie będę ryzykować zdrowiem dziecka. Skakało mi ciśnienie i przy jednej z wizyt kontrolnych dostałam skierowanie do szpitala. Pojechałam do jednego z tych dużych, państwowych, renomowanych. Jeszcze na recepcji zaczęto na mnie pofukiwać. Później długie oczekiwanie na lekarza, by na końcu zostać od góry do dołu opieprzoną przez lekarza, że to kpina, że ja tu w ogóle przyjechałam i zajmuje mu czas!” Wyszłam ze łzami w oczach nie wiedząc czy jest ze mną wszystko ok czy nie. Pan doktor już zadbał o to, żeby mi podnieść to moje skaczące ciśnienie. „Szkoda”, że jak już skończył mnie opieprzać, to ponownie ciśnienia nie zmierzył, bo pewnie musiałby mnie przyjąć w trybie nagłym. Taki renomowany szpital.

Powiedziałam sobie wtedy: O NIE! To ma być jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia! Chce ten czas wspominać ze łzami w oczach. Ze łzami wzruszenia, a nie łzami żalu. Nie pozwolę tych pięknych chwil zmarnować jakiemuś chamowi z przypadku, który się będzie na mnie wyżywał za nieprzespany dyżur. Wtedy zdecydowałam, że będę rodzić w tym samym szpitalu co poprzednio. 700 metrów od domu, żeby Ważny mąż i tata w jednym mógł być przy nas i przy Hani w domu przez maximum czasu. By nie tracił go na dojazdy. Żebym mogła przywitać Ignasia przy dźwiękach ulubionej muzyki w pojedynczej sali, a nie przy krzykach sąsiadki zza parawanu. Żebym mogła skakać na piłce. Żebym mogła dostać znieczulenie, kiedy się na nie zdecyduję. Żebym mogła rodzić znowu z położną, którą znam i której ufam. Żebym miała w sali łazienkę z prysznicem, z której będę mogła do woli korzystać, bez strachu że moje dziecko zostanie w tej chwili bez opieki. Że będę leżeć w sali, a nie na korytarzu, gdzie miliony ludzi odwiedzających będą przechodzić obok mnie i mojego nowonarodzonego dziecka w tę i spowrotem. I mogłabym tak wymieniać bez końca.

Podjęłam bardzo egoistyczną decyzję. Chyba najbardziej egoistyczną decyzję w moim życiu. Wybrałam pomiędzy komfortem moim i mojej rodziny, a bezpieczeństwem mojego nowonarodzonego dziecka. Do końca się modliłam, żeby wszystko poszło dobrze. Żeby Ignaś był zdrowy. By nie zostawiono mnie tu samej i nie zabierano go karetką do szpitala o wyższej referencyjności, do szpitala ze specjalistycznym sprzętem. Do szpitala w którym rzesza neonatologów i innych specjalistów jest na wyciągnięcie ręki. Do szpitala w którym mogłam rodzić, ale na który z różnych wyżej wymienionych względów się nie zdecydowałam.

I pomijając czynnik ludzki: moje zaufanie do położnej, którą już znałam. I tego chama, który akurat miał dyżur w tamtym szpitalu. Każdy człowiek jest inny. I wszędzie można trafić i na kulturalnych profesjonalistów, i na skończonych chamów. To jednak ta cała reszta, ta cała otoczka, którą nazywamy WARUNKAMI w jakich kobiecie przychodzi rodzić nie powinna mieć znaczenia przy wyborze miejsca porodu. Nie powinna, bo wszędzie powinno być tak samo. Wszędzie powinno być schludnie. Wszędzie powinno być intymnie. Wszędzie kobieta rodząca powinna mieć takie same prawa. Wszędzie powinna być traktowana z szacunkiem. Powinna leżeć w schludnej, nieprzepełnionej sali z dzieckiem u swojego boku. Powinna mieć dwa kroki do toalety i prysznica. Bo czasami dwa kroki po porodzie, to wielkie wyzwanie dla kobiety. Kobieta rodząca, w której przypadku w grę wchodzi wybór placówki, nigdy nie powinna stawać przed dylematem: WARUNKI a BEZPIECZEŃSTWO!

I nie, nie chcę słyszeć, że państwa polskiego nie stać na to, by wyremontować oddziały ginekologiczno-położnicze. By zatrudnić anestyzjologów. By zakupić piłki, wanny, drabinki na porodówki. Sytuacja demograficzna wygląda tak, że państwa polskiego nie stać na to, by tego nie zrobić!

  • Genialnie napisane! Przerażające jest, że lekarz podnosi larum, nie zgadza się z takim porządkiem rzeczy, a ministerstwo go zawiesza, zamiast nagrodzić… World, hold on.

    • Ela

      Naprawdę mam cichą nadzieję, że i tym razem szum medialny coś zmieni w tej naszej szarej rzeczywistości. Oby!

  • Zgadzam się, że absolutnie nie powinnyśmy wybierać pomiędzy bezpieczeństwem a warunkami. Wiadomo, że każdej z nas najbardziej zależy na zdrowiu dziecka, ale przecież powinnyśmy mieć prawo do godnego rodzenia. Oby w Polsce jak najszybciej się to zmieniło.

    • Ela

      Mam nadzieję, że jesteśmy na dobrej drodze. Nic się nie zmieni ot tak. Ale krok po kroku, może w końcu doczekamy się standardów opieki i warunków nie uwłaczającym naszej godności. Tylko głosy takie jak wrocławskiego ordynatora, nie mogą być wyciszane. W szumie siła:)

  • Urodziłam córkę kilkanaście lat temu w państwowym szpitalu. To był koszmar – mam tu na myśli warunki i tzw. opiekę. Nigdy w życiu nie czułam się tak upokorzona. I sądzę, że większość rodzących w Polsce kobiet ma podobne odczucia.

    • Ela

      Niestety ciągle wiele kobiet ma takie wspomnienia, a przecież to jedna z najpiękniejszych chwil w życiu…

  • Ja rodziłam dokładnie 10 tygodni temu. Też kilka miesięcy zastanawiałam się gdzie będę rodzić. Na szczęście ciąża przebiegała bez komplikacji, dlatego też miałam wolność wyboru. Zastanawiałam się tylko czy mnie przyjmą, czy akurat będą wolne miejsca. Wybrałam szpital i nie miałam żadnej alternatywy. Tylko tam chciałam rodzić! A to w szczególności z powodu znieczulenia i bardzo się cieszę, że mi się udało. Nie mogę uwierzyć w to, że w takich czasach jedynie nieliczne szpitale oferują znieczulenie. Już nawet nie mówię, że na nfz, ale chociaż odpłatnie. W każdym w szpitalu w którym rodziłam była super opieka. Naprawdę, niepodobne to do publicznego szpitala. Czułam się tam jak w prywatnym, miałam też to szczęście że załapałam się na salę o podwyższonym standardem, z łazienką. Jedyne do czego mam zastrzeżenia to izba przyjęć. Chyba w każdym szpitalu pozostawia wiele do życzenia. Tym bardziej, że ja wylądowałam tam w nocy, jak lekarka ucinała sobie drzemkę i chyba mocno ją wkurzyłam… To jest temat rzeka, mogłabym pisać dużo. Może też poruszę ten temat na swoim blogu.
    Pozdrawiam!

    • Ela

      Pisz! Trzeba pisać, może jak nie będzie się obok tych tematów przechodzić tak obojętnie, to coś się zmieni. Pozdrawiam ciepło i zyczę dużo sił z maluszkiem:)

  • Czytalam z zapartym tchem. W pelni rozumiem, jestem przed takim wyborem.

    • Ela

      Trzymam mocno kciuki za najlepszy dla Was wybór i za sam poród 🙂

  • Zawsze jak tutaj wchodzę to widze konkretne informacje, dobry blog

  • Świetny wpis! Mam nadzieję, że na tym nie zakończysz 😉