Ważny fitness

zumba, skechers decathlon

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę zasuwać na fitness 6 razy w tygodniu, popatrzyłabym na niego z politowaniem. Gdyby dodał, że będę to robić z własnej nieprzymuszonej woli, z uśmiechem na ustach, popukałabym się w czoło. Gdyby zaznaczył, że jedyne ciuchy jakie sobie będę kupować w ostatnich miesiącach to fitnesowe legginsy i topy, to bez wahania kupiłabym mu roczny karnet all inclusive do najbliższego ośrodka dla obłąkanych. A jednak…

Gdyby to teraz przeczytał mój pan od WFu, padłby na zawał. Albo nie, może nie zawał. Może właśnie poczułby spełnienie zawodowe, że no ok, nie doczekał się żadnego olimpijczyka, rekordu kraju, ani nawet rekordu gminnego wyścigu dożynkowego. Ale to, że Ela zaczęła uprawiać sport innymi częściami ciała niż oczami, to już mógłby sobie dopisać do listy wybitnych osiągnięć dydaktycznych. Jakby nie było 30 lat mi zajęło zrozumienie, że spocić się jest fajnie. Że satysfakcja. Że poczucie dobrze wykonanej pracy i takie tam.

Bo to się zwykle tak zaczyna…

Miała być tylko zumba. Tylko raz, no może dwa, w tygodniu. Tańczyć lubię, to jakoś dam radę, nie? Misja: przeżyć do końca zajęć, nie zemdleć, nie zwymiotować i wyjść z twarzą w innych barwach niż zielonych. Przeżycie okazało się nawet realnym i w pełni wykonalnym celem i szybko sobie zdałam sprawę, że przepadłam. Zumba 3-4 razy w tygodniu to za mało. Mogłabym tę zumbę na śniadanie, obiad i kolacje. Codziennie. I tak w pewien niezumbowy dzień mnie tknęło: to może spróbuję abt… może tbc… może tabatę? Wszystko na tej samej zasadzie: przetrwać! Nie mdleć. Nie wymiotować. Wstydu nie zrobić. Wyjść z uśmiechem, a potem runąć nieprzytomna tuż za progiem własnego mieszkania. Się okazało, że wcale takim cieniasem nie jestem jak mi się zdawało, a później, to już sama nie wiem kiedy poleciało… Jezu jak to wciąga! I już nie wiem czy to ta magia sportu, osławionych endorfin i innych takich różowych okularów? Czy to raczej ta codzienna godzina poza domem. Kiedy wychodzę SAMA! I kiedy wracam do domu, oni śpią! Kumacie ile to szczęścia naraz? Nie dość, że wychodzę sama, to jeszcze kilka razy w tygodniu omija mnie wieczorna mantra i przepychanka.

Skarbie zamknij oczy. Śpij już. Nie, już nie jemy. Myłaś już zęby. Nie bij jej. Śmigaj na swoją poduszkę. Ok, skoro jesteś jeszcze głodna to zjedz, ale idziesz myć zęby jeszcze raz. Tak dokładnie. Jeszcze wyszoruj z tyłu u góry. I tak bez końca. Rozumiecie, omija mnie to!

Ja się śmieję, ale prawda jest taka, że nie pierwszy raz próbowałam z fitnessem przybić piątkę. Nie pierwszy raz próbowałam sie zaprzyjaźnić, poflirtować, puścić oczko, zaliczyć mały romans i pójść w tango. No i nigdy tej chemii nie było. Niestety nie. Aż do teraz. Może do pewnych rzeczy trzeba w życiu po prostu dojrzeć? Pitu pitu! Prawda jest jedna…

A wszystko to… shopping!

Jeny, jak ja zawsze chciałam sobie kupić fajne sportowe ciuchy! Genialne są, no! To już nie te bezkształtne dresowe wory z lat ’90 i porozciągane koszulki z trzema dziurami po molach. Takie co się zastanawiałaś czy przerobić na ścierkę do mycia okien czy zostawić na wyjście na siłownię (joke ofc). Wiecie jakie kolory mają ciuchy na zumbę? No a jak już kupisz, to głupio tak żeby leżało w szafie, szczególnie że tanie nie jest. Musi się zamortyzować (ha! nie zapomniałam jeszcze, że jestem księgową) i świecić po oczach wszystkim, żeby wiedzieli, że ty to na bank na fitness idziesz, a nie na sesję dla fanpejdża faszyn from raszyn. I ta frajda, kiedy po kilku miesiącach idziesz po nową parę legginsów i kupujesz te o rozmiar mniejsze 🙂  Wszytko to shopping. Bez dwóch zdań. Ameryki nie odkryłam. Nie oszukujmy się, że chodzi jedynie o zdrowie, linię, slowlife, fitstyle, kontemplację nowego ja i inne takie. Chodzi o szoping w czystej postaci. Nie kupuję teraz kiecek. Ani szpilek, bo chyba bym sobie w łeb strzeliła gdybym musiała w nich biegać za dziećmi z zakupami w zębach, z nienawistnym wzrokiem wyszukującym pierwszej ofiary, której tą szpilką możnaby przebić tętnicę. A czymś tę wrodzoną potrzebę przymierzania i kupowania trzeba zaspokoić, prawda? I mąż nie powie mi „nie”… 😉

  • Ela, jak ja Cie dobrze rozumiem. Jako mama tez nie kupuje sobie kiecek, tylko wygodne buty Nike i przewiewne spodnie. Bo w nich z wywalonym jezorem ganiam za rowerkiem i uparcie powtarzam: tylko nie tak szybko. Ale robi mi to cholernie dobrze. Oczywiscie wolalabym fitness w klubie i chwile spokoju dla siebie. Ale no coz nie mam takiej mozliwosci i finansowej, i czasowej. Choc polubilam pozne zmiany w pracy, bo jak wracam – dzieci spia, a bez wyrzutow sumienia mam chwile dla siebie. A moze napisz do pana od wf u. Moze potrzebuje takiego objawienia…. po latach hi hi hi Pozdrawiam serdecznie Beata

    • Haha, może rzeczywiście do niego napiszę, myśle ze by się naprawdę mega zdziwił 😂 Pozdrawiam ciepło i pozdrów ode mnie mój ukochany Paryż 🙂

  • natasza c

    Moje romanse z klubem fittness niestety też przelotne. Nawet multisport nie motywował tak bardzo…ale tutaj masz racje Te ciuchy mega motywują – za każdym razem uwielbiam patrzec na te kolorowe portki i koszulki. Istna eksplozja kolorów a nie tylko biel granat, czerń i szarości. Taka biurowa codzienność. Od poczatku marca wrócłam do ćwiczeń i mam nadzieję ze mój zapał nie będzie tym razem słomiany. P.S nogi i tyłek sam się nie zrobi 🙂

    • Mnie w ogóle motywuje jak muszę za cos zapłacić – to jest straszne! To wbogóle temat na osobny post. Kiedy miałam multisport w pracy za darmo, nie mogłam się zmobilizować. Teraz kiedy za niego płace, czuje ze powinnam z niego wycisnąć ile się da 😉 to samo mam z tymi ciuchami 🙂 BTW, możemy się wzajemnie motywować 🙂

  • Ja w zeszłym roku przechodziłam taką fazę na Chodakowską. Ćwiczyłam 5 razy w tygodniu, schudłam naprawdę dużo. Czułam się świetnie, polubiłam bieganie i mogłam to robić naprawdę często. Później zaszłam w ciążę i się skończyło, jednak czekam na moment aż urodzę i znowu będę mogła sobie poszaleć.

    • Zazdroszczę tego biegania. Ja bardzo bym chciała polubić, bo wydaje mi się to takie fajne i niskobudżetowe. Ale cholera nie umiem, płuca wypluwam. No nie umiem biegać :/

  • Gratuluję efektów! Jesteś prawdziwą motywacją – aż mi się samej zachciało odnieść tyłek z kanapy!

    • Efekty to dopiero będą! Ale bez ciśnienia. Teraz najważniejszym efektem jest dla mnie świetne samopoczucie 🙂 a ze kilka cm ubyło, to taki miły efekt uboczny 😉

  • Prawda! Dobry przyodziewek to najlepsza motywacja 🙂

  • Szczerze to ja zaczęłam bieganie w starym dresie od sprzątania. Dopiero później kupiłam sobie jakieś sportowe ciuchy. Na siłownię nie chodzę, czasu brakuje, ale zazwyczaj ubieram się nisko budżetowo i dobrze mi z tym. 🙂

    • Ja pisze z duża dozą sarkazmu 😉 Ale z tymi fitnesowymi ciuchami naprawdę jest tak ze mnie motywują. Wiem ze jak wydam jakaś kwotę, nawet nie dużą, to po to zeby czemuś to służyło. By tego używać we właściwym celu. A cel ciuchów na fitness jest jeden – fitness ☺️

  • Szoping to jest to 🙂

  • Shopping świetna rzecz 🙂 Podziwiam-sześć razy??? ja chodziłam kiedyś trzy razy w tygodniu i miałam dość 🙂

    • To jest wlasnie ten moment kiedy pierwszy raz w zyciu sprawia mi to przyjemnosc. Chodziłabym nawet 7, ale wiem, że organizmowi potrzebny jest czas na regeneracje. No i nie chce nadużywać dobroci męża 😉