Zapraszam Cię do mojego koszmaru

Śniło mi się, że jestem perfekcyjna.

Że budzę się wyspana po przespanych perfekcyjnie 8 godzinach. Jem perfekcyjne śniadanie. Nakładam na moje perfekcyjne ciało perfekcyjne mini i wsuwam stopy w perfekcyjne szpilki. Uprzednio wyjęte z szafy o perfekcyjnie uporządkowanym wnętrzu. Makijażu nie robię, bo po co, skoro moja twarz jest tak perfekcyjna.

Perfekcyjnie grzeczne dzieci czekają, by odwieźć je do szkół i przedszkoli. A szef, z perfekcyjnym uśmiechem na ustach, odbiera z moich rąk perfekcyjny raport. I jeszcze perfekcyjny wpis na perfekcyjnym blogu bije rekordy popularności. Wieczorem raczę męża perfekcyjną kolacją z butelką czerwonego wina w tle. I…

I nagle budzi mnie nieperfekcyjny, niezsynchronizowany krzyk. Krzyk jednego, bo głodne. Krzyk drugiego, bo kaszel. Nieperfekcyjny. Ni to suchy, ni mokry. Patrzę na mojego nieperfekcyjnie chorego męża. Bo jakby chorował perfekcyjnie, to pewnie by leżał w szpitalnym łóżku, a nie w domowych pieleszach. Stękając wstaję z łóżka i zerkam w nieperfekcyjnie lustro, naznaczone odbiciami małych łapek. Patrzę i widzę nieperfekcyjny nos, jednostronnie opuchnięty od nieperfekcyjnego lewostronnego kataru. Wtem uśmiecham się sama do siebie i zaczynam oddychać z ulgą. Jak dobrze, że to był tylko sen.

Przytulam moje perfekcyjnie nieperfekcyjne dzieci i zerkam na męża. Chwilę później omiatam wzrokiem suszarkę z praniem i stertę już upranych rzeczy nie mogących się doczekać spotkania z żelazkiem. Patrzę i myślę: życie, nieperfekcyjne życie, jest piękne.